Święte miasto, tygiel trzech religii.
Izrael, okolice Morza Martwego
Siedzimy z Romanem jako pasażerowie w dziwacznym Isuzu z trzema palestyńczykami z ekipy remontowo-budowlanej.
Słychać turkot opon samochodu, wymijanej ciężarówki z naczepą.
– „Oułłl yeah, Ded Sii!i” – krzyczy mi do ucha Roman, z niesamowicie jankeskim akcentem. Po prawej stronie rozpościera się dziwna tafla wody jakby pokrojona równo nożem na geometryczne poligonalne figury.
To nie jest jeszcze chyba Morze Martwe, w zasadzie zaraz sie zaczyna, tutaj oni coś wydobywają – kwituje Roman, wymachując "patykiem" od GoPro. Wszyscy przez chwile z podziwiem patrzymy na ten znikomy cud ludzkiej inżynierii wodno-melioracyjnej.
- Jeszcze z 1,5 godziny i będziemy na rozwidleniu do Jerozolimy – stwierdza kierowca. A może pojedziecie z nami do Nazaretu, u nas lepiej, tam też przebywał prorok Jezus. A co w Jerozolimie? Zapraszamy do nas - ze szczerością w oczach mówi Ali
Przez chwilę walczę ze sobą skonfundowany. Wow to było by coś, ale czy on mówi to szczerze, a może porostu tak z kurtuazji. Zobaczyć życie palestyńczyków "od kuchni".
Suuupeeer – kwituje Roman – ale być w Izraelu i nie zobaczyć Jerozolimy? Ali macha głową potakując.
W radiu zmieniają się rytmy i bieguny muzyczne, po dwóch godzinach jazdy, zaczynam jakby rozróżniać melodie, a nawet chyba czasami rozumiem o czym śpiewają 🙂 Umysł wyłapuje wybiórczo fonetycznie znajome wyrazy i przestawia je na znajome polskie. Więc słyszę dźwięczne „ale dał mu hale….”, „baba daje kota…”, „zwalił bułe, ale ...uje”.
– siedzący obok mnie, najmniej sympatyczny z całej kompani "Ananas", nagle się trochę ożywił, minę ma nietęgą iż musi cisnąć się z dwoma białymi ‚‚ajnabi” (obcymi).
Troche niepokojące jest to, że od ponad godziny, zamiast czytać arabskie znaczki, Ananas niepokojąco ogląda siedzącego na jakimś tronie brodacza w czarnym turbanie. Jegomość wygląda niczym typowy przywódca terrorystów z amerykańskiego filmu o bliskim wschodzie (uwaga mały offtop) – gdzie amerykanie probują się częściowo rehabilitować za napaść na Irak itp. I np taki Mark Whalberg czy inny Bradley Cooper razem z małym oddziałem Marines dzielnie dziesiątkuje śniadych brodaczy w arafatkach, którzy ślepo wbiegają mu pod M16 z celownikiem kolimatorowym krzycząc „hala hala hala”. Na końcu rani niechcący arabskie dziecko trzymające wyrzutnię RPG w rękach – zastawia się nad sensem wojny i walki. Gdzie w tym czasie jego koledzy, spuszczają ropę. Dwie nominacje do Oscara, box office na 250 mln dolarów przychodu, kilkadziesiąt ton rozrzuconego popcornu i rehabilitacja zakończona pomyślnie.
Spoglądając na Ananasa pochłoniętego fascynującym wykładem myśle sobie – oho, to pewnie ichni "ojciec dyrektor", tylko jeszcze bardziej radykalny. Ci z przodu są naprawdę sympatyczni i jest 99,9% szans że dojedziemy bez czarnych worków na głowie. Ale w takich chwilach wyobraźnia działa „wysokoprężnie”.
Kierowca Anes odwraca się i mówi:
— Wcześniej pracowałem jako nauczyciel w szkole, ale mało płacili
— A ile zarabia u was nauczyciel? – pytam
— Jakieś 4000-5000 szekli to zależy, a u was?
Przeliczam szybko w głowie, a z mnożnikiem x1 to dość łatwe.
W Polsce nauczyciel zarabia od 2000-3000 tys szekli / zł i to też zależy – odpowiadam.
Myśle sobie chcieli by nasi zarabiać 5 klocków na głowę, ale znowu w kraju w którym nieduży zestaw w McDonaldsie kosztuj ok 60 zł i wszystko prócz hummusu wydaje się 2x droższe niż w Polsce, mieszkanie w niewyszukanej dzielnicy Jerozolimy ok 1 mln zł, to sytuacja wygląda wcale nie lepiej. Co łączy nas to tu i tu zawód nauczyciela nie cieszy się uznaniem.
— Zobacz tak wyglądałem dwa lata temu – nasz kierowca Anes pokazuje mi zdjęcie łysego w samurajskim stylu faceta o znajomej fizjonomii, po boku gęste czarne włosy.
Próbuje porównać to z obrazem który widzę przed sobą i nie ma się to jak do rzeczywistości.
— Zrobiłem w Turcji przeszczep, tam jest najtaniej 3000$ i masz bujną czuprynę – dodaje Anes
— Niesamowite, jak oni to robią? – podziwiam gęste włosy na głowie palestyńczyka.
— W Turcji specjalizują nie w przeszczepach, wszyscy do nich jeżdżą.
Do tej pory Palestyńczyków wyobrażałem sobie stereotypowo jak pokazują ich media, jako biegających wąsaczy w arafatkach i palących na jakimś placu flagę z gwiazdą dawida, krzyczących coś tam bez sensu.
Ze względu na swój konformizm i ignorancję jakoś nigdy nie myślałam o nich jak o zwykłych ludziach którzy też korzystają z whatsapa, spotiffi, jeżdżących na treking i nurkowanie, a nawet przeszczepiajacych sobie włosy. Raczej wydawało mi się ze większość dnia biegają po placu paląc wkółko te flagi, ew przez resztę dnia pastwią się nad swoimi żonami. Ale takim obrazem byłem karmiony, przez media i innych zaprogramowanych w ten sposób ludzi.
Mogą żyć jednak w miarę normalnie w okupowanym kraju, cieszyć się z drobnostek jak i dużych rzeczy.
„Komórkowy Immam” dość energicznie gestykuluje wykrzykiwując przy wturującej wrzawie tłumu.
Myśle sobie, no ładnie, pewnie krzyczy „zabić niewiernych!”.
Nagle słysze ożywienie w towarzystwie i gesty pokazując na pobocze, samochód lekko zwalnia.
Na pobliskim przystanku stoi grupa żydowskich młodzieńców z poprzypinanymi jarmułkami ubranych na galowo w białe koszule, spodnie na kancik. Chociaż może to ich strój codzienny? Chyba jacyś ortodoksi, w sumie piątek – wieczorem zaczyna się szabat.
Ali pokazuje młodzieniaszków palcem i wykonuje w powietrzu palcem jakiś negujący gest.
— Ich nie bierzemy? Nie lubimy ich? – pytam z przekąsem?
— Nie – kwituje Ali.
Weszli tu nieproszeni i zabrali nam naszą ziemię, a teraz się panoszą wszędzie.
— ALI BABA MY COUNTRY!!! — mówi głośno Ali z dużą siłą w głosie wykonując przy tym gest łokciem.
— Dlaczego zabili mi ojca? Odebrali dom. To mój kraj!
W samochodzie zapanowała nerwowa cisza. Powietrze jakby zgęstniało.
Alibaba my country? – Cokolwiek to znaczy – nie wiem co odpowiedzieć? Chyba w takimi momencie lepiej zamilczeć.
Oprócz turkającego diesla słychać tylko „mobilnego imama” wykrzykującego jakieś gardłowe „hala hala”.
— Panoszą się wszędzie – kontynuuje Ali.
— Jak spotkacie dalej żydów, to zobaczycie że oni nie są jak my, wywyższają się, mają się za lepszych.
Czuję się rozbity, nie pałam sympatią do tych stojących na przystanku żydowskim chłopców, w tej chwili jestem Palestyńczykiem któremu odebrano dom, człowiekiem drugiej kategorii we własnej ziemi.
Później wyczytałem że w latach 50-tych podczas formowania się państwa Izrael nacjonalistyczne bojówki żydowskie przejmowały tereny i mordowały ludność palestyńską. Dochodziło nawet do tzw. pokazówek rodem ze średniowiecza gdzie oddziały żydowskie wpadały i mordowały w bestialski sposób palestyńską ludność cywilną, puszczały kilku żywych żeby ci rozgłaszali w sąsiednich miejscowościach co się stało i w ten sposób tereny wysiedlały się praktycznie same.

Co ciekawe autor twierdzi że to bardzo skuteczna i przemyślana strategia skierowana na małe straty w ludności cywilnej. „Zamordujemy w bestialski sposób dwudziestu, to reszta ucieknie sama” i tak sie działo.
Słabo uzbrojeni Palestyńczycy bez większego wsparcia opuszczali swoje domy.
Oczywiście bojówkarze palestyńscy nie byli lepsi np. napadali na samochody czerwonego krzyża i tam nie pytając mordowali wszystkich jak leci. Oko za oko, ząb za ząb. Izraelczcy poprostu byli sprytniejsi, przebieglejsi i chyba bardziej zdesperowani.
Chłopaki prócz Ananasa, wyszli z samochodu, pomogli nam wyciągnąć bagaże
Wymieniliśmy kilka misiów oraz konta na whatspie i tyle po nas.

Stopem z palestyńską ekipą, trochę o problemie palestyńsko-izraelskim.
Indie przyciągają rocznie miliony turystów z całego świata, którzy szukają niezapomnianych doświadczeń, egzotycznych krajobrazów i […]
Egipt to państwo, które przede wszystkim kojarzy się turystom z piramidami, nadmorskimi...
– „Oułłl yeah, Ded Sii!i” – krzyczy mi do ucha Roman, z niesamowicie jankeskim akcentem.