Święte miasto, tygiel trzech religii.
Izrael, okolice Doliny Timna
Stoimy na stopa przy 90-tce – ekspresówce łączącej pustynne i suche południe Izraela z zieloną północą. Po dziesięcio kilometrowym marszu z plecakami ważącymi około dwudziestu kilogramów, suchy spękany asfalt pod tyłkiem wydaje się aksamitny niczym posłanie króla Salomona.
Krajobraz jest tutaj dość ubogi, bezkres piachu i skał przerywa czasami jakiś krzew, czy też pojedyncze skarłowaciałe drzewo. Na wschód roztaczają się niczym mur obronny niewysokie, ale za to masywne góry oddzielające Izrael od Jordanii.

Tkwimy już tutaj jakieś 1,5 godziny. Samochody mijają nas, jakbyśmy byli niewidzialni.
— Ehh! Szkoda, że nie jesteś zgrabną blondynką – mówię uśmiechając się do kompana
— już pewnie byśmy mijali Morze Martwe
Suchy wiatr smaga po twarzy, dając momentami złudne poczucie chłodu, popijam wodę z plastikowej butelki, pobraną z pompy w pobliskim kibucu na której widniała tabliczka z napisem „do not drink” martwiąc się, że nie dużo jej już zostało.
Roman dzielnie walczy nie przepuszczając żadnemu kierowcy, a ja zrezygnowany opieram się o barierkę drogową. Słychać głośny dźwięk przejeżdżającego z dużą prędkością czarnego SUV’a.
— U tego jegomościa było widać skruchę, nawet poczucie winy w oczach, że nas nie zabrał – sarkastycznie rzucił Roman ku pokrzepieniu serc.
Fala uderzeniowa wywołana przez samochód i drobinki piasku obijające się o twarz smagła znienacka biczem.
— Tylko żeby się nie zatrzymała jakaś bojówka palestyńska, jeszcze zrobią nam Allahu Akbar – rzucam suchara. Powoli zaczyna udzielać się nam głupawka, próbujemy zabić czas gadając co popadnie.
Nieoczekiwanie zatrzymuje się białe Isuzu wyglądające jak skrzyżowanie lodówki ze starą przyczepą campingową. W popłochu i niedowierzaniu zbieramy nasz "majdan".
Nagle od strony pasażera otwiera się szyba. W środku znajoma twarz!
Skąd, jak, gdzie…? Słychać ochy i achy z chrapliwym bliskowschodnim akcentem.
Kierowcą okazuje się być ten sam człowiek który wiózł nas dzień wcześniej z Ejlatu do Doliny Timna. Tym razem już w większym towarzystwie, ponieważ w samochodzie oprócz niego jest jeszcze dwóch rosłych, na oko 30-kilkuletnich facetów.
W atmosferze śmiechów wsiadamy do środka.
— Co za spotkanie! Haha! Długo tak stoicie? – pyta kierowca po angielsku
— Salom emalikum! Jakieś dwie godziny, ale wydaje się jakby cały dzień – odpowiadam
– I widzisz mówiłem Ci ostatnio, że Żyd się nie zatrzyma, ale cieszcie się że trafiliście na Palestyńczyków – mruga z uśmiechem Anes – kierowca.

Śmiechów i achów roznosi się coraz więcej. Pakujemy plecaki na pakę, a sami wsiadamy do tyłu obok jednego z trzech śniadych kompanów.
— A o co chodzi z tymi Żydami, czemu się nie zatrzymują? – pytam grzecznie
— Mają się za wielkich panów – westchnął Anes prężąc w zabawny sposób muskuły
— Ciesze się że trafiliśmy na dobrych Samarytan, Palestyna rules! – odparłem chcąc się przypodobać nie wiedząc jakiej reakcji mogę się spodziewać.
— Ten obok mnie to Ali — przedstawia kierowca, a z tyłu z wami siedzi Walid, ale on nic nie gada, w ogóle jest dziwny, haha! – kończy śmiechem.
Spoglądam na siedzącego obok mnie krępego osobnika, twarz jakby ociosana młotem skała, bokserski nos, stosunkowo niskiego wzrostu. Wzrok ślepo wpatrzony w ekran smartfona, aktualnie głuchy na wszelkie zewnętrzne bodźce.
— Ej ty, Walid śpisz? – podśmiewają się dwaj siedzący z przodu Palestyńczycy.
Po czym wymieniają kilka gardłowych, zupełnie niezrozumiałych dla nas dźwięków. Walid tylko od niechcenia od machnął ręką jak gdyby odganiał niewidzialne muchy.
— Zabieram chłopaków do domu, cały tydzień jesteśmy tutaj, a w piątki zjeżdżamy do Nazaretu – mówi Anes kierowca.
Szczupły i wysoki mężczyzna o typowych arabskich rysach, z bystrym spojrzeniem, to zupełne przeciwieństwo swojego krępego kolegi Walida.
— A można wiedzieć co tutaj robicie? – pytam chłopaków
— Remontujemy wodociąg na lotnisku, prowadzę małą firmę z usługami hydraulicznymi – odpowiada Anes
— Ale to dla Izraelczyków? – dodaję
— Niestety, ale tu można dobrze zarobić. Jesteśmy od poniedziałku do szabatu, a na weekend zjeżdżamy do swoich rodzin.
Ali podkręca radio i w takt muzyki wodzi palcem w powietrzu.
Orientalna muzyka pop, głośno rozbrzmiewa z kiepskiej jakości fabrycznych głośników auta. Egzotyczne dla ucha dźwięki muzyki oraz śpiew przypominający kozie zawodzenie w pięcio tonowej skali arabskiej, wydają się brzmieć trochę niepoważnie i komediowo. Muzyka genialnie rozluźnia atmosferę.
Wszystko byłoby świetnie, gdyby tylko nie Walid siedzący obok, wbijający mi się w moje prywatne biodro, wpatrzony tępo w komórkę na której ekranie wyświetlają się jakieś arabskie szlaczki.
Próbuje zrobić test uśmiechu na Walidzie, ale twarz ma kamienną i poważną niczym Charles Bronson w „Parszywej Dwunastce”.
Za to Ci dwaj z przodu są niesamowicie wyluzowani i otwarci. Dzieli nas religia, kultura, tysiące kilometrów, ale w to południe siedzimy razem na przestrzeni kilku metrów, oddychamy tym samych powietrzem i razem dzielimy niewygody podróży śmiejąc się w takt arabskich nutek.
Mijamy tajemnicze zabudowy, niczym potężne hangary ciągnące się na przestrzeni kilku kilometrów, przywodzące na myśl jakąś tajną wojskową bazę.
— Co to? Pytam zaciekawiony?
— Tu uprawiają warzywa i owoce przez okrągły rok w środku samej pustyni.
Ali wyciąga komórkę, najnowszego flagowca firmy na S., pokazuje zdjęcia na których ubrany jest w kombinezon do nurkowania.
— Jeździmy co któryś weekend na Synaj w Egipcie ponurkować i na trekking. Byliście tam? - Zapytał nie czekając na odpowiedź, sympatycznie wyglądający niczym arabski wychudzony Vin Disell - Ali.
Na słowo klucz Synaj w mojej głowie urodziła się wizja brodatego faceta z wielką "lagą", trzymającego kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań, myślami poleciałem dalej - wędrówka ludów, manna z nieba itp. Ale nurkowanie? Trekking? To jakoś nie pasuje mi do tego miejsca.
— Jeździmy do Taby, to może ze 100 km stąd, wspaniałe widoki pod wodą, a wieczorem treking po górach i grillujemy – odpowiada Ali
Palestyńczyk na telefonie scrolluje kciukiem galerie zdjęć, ukazując mozaikę z kafelek z przecudnymi widokami gór, koralowców jak i pamiątkowe selfie.
Na kilku zdjęciach przewija się wizerunek kobiety w hidżabie, czarnej chuście którą noszą muzułmańskie kobiety po osiągnięciu wieku dojrzałości (noszenie jej jest wyrazem skromności, cnót nauczanych i praktykowanych w islamie).
Chłopak nerwowymi ruchami szybko przesuwa, serię zdjęć z kobietą.
— Dziewczyna, żona? Pytam z typowo polskim akcentem.
Niestety nic nie odpowiedział, ale było widać, że palestyńczyk był lekko poddenerwowany.
Mocno mnie to uderzyło. Chłopak nieźle zmieszał się po nieumyślnym pokazaniu kilku zdjęć szczelnie zakamuflowanej kobiety, przez "workowe" ubranie zupełnie wyzutej z seksapilu, gdzie prócz tajemniczych wielkich oczu i czarnych jak heban "nerwowych" brwi nie było widać zupełnie nic. Jakby to było tylko zachowane dla niego tabu.
Jaka to niesamowicie inna kultura. W Polsce jestem bardziej przyzwyczajony, do skrajnie innych zachowań „badaj, moja nowa dupa” i ktoś Ci na siłę pokazuje zdjęcia wymuskanej przesadnie "Dżejsiczki" w obcisłych legginsach i przy krótkiej bluzeczce eksponującej biust, z "przemalowaną" twarzą, zakończoną dziubkiem. „Niezła nie?” Szukając potwierdzenia w Twoich oczach.
W takim momencie zdajesz sobie sprawę że jesteś w innym świecie, gdzie rewolucja seksualna dzieci kwiatów z lat 70 tych nie dotarła nigdy, a druga obecna rewolucja LGBT też tutaj nie przebije się przez grubą religijną zasłonę islamu.
zobacz II część artykułu
Stopem z palestyńską ekipą, trochę o problemie palestyńsko-izraelskim.
Indie przyciągają rocznie miliony turystów z całego świata, którzy szukają niezapomnianych doświadczeń, egzotycznych krajobrazów i […]
Egipt to państwo, które przede wszystkim kojarzy się turystom z piramidami, nadmorskimi...
– „Oułłl yeah, Ded Sii!i” – krzyczy mi do ucha Roman, z niesamowicie jankeskim akcentem.
test