Izrael, okolice Morza Martwego 

Siedzimy z Romanem jako pasażerowie w dziwacznym Isuzu z trzema palestyńczykami z ekipy remontowo-budowlanej.

Słychać turkot opon samochodu, wymijanej ciężarówki z naczepą.

– „Oułłl yeah, Ded Sii!i” – krzyczy mi do ucha Roman, z niesamowicie jankeskim akcentem. Po prawej stronie rozpościera się dziwna tafla wody jakby pokrojona równo nożem na geometryczne poligonalne figury.

To nie jest jeszcze chyba Morze Martwe, w zasadzie zaraz sie zaczyna, tutaj oni coś wydobywają – kwituje Roman, wymachując "patykiem" od GoPro. Wszyscy przez chwile z podziwiem patrzymy na ten znikomy cud ludzkiej inżynierii wodno-melioracyjnej. 

- Jeszcze z 1,5 godziny i będziemy na rozwidleniu do Jerozolimy – stwierdza kierowca. A może pojedziecie z nami do Nazaretu, u nas lepiej, tam też przebywał prorok Jezus. A co w Jerozolimie? Zapraszamy do nas - ze szczerością w oczach mówi Ali

Przez chwilę walczę ze sobą skonfundowany. Wow to było by coś, ale czy on mówi to szczerze, a może porostu tak z kurtuazji. Zobaczyć życie palestyńczyków "od kuchni".

Suuupeeer – kwituje Roman – ale być w Izraelu i nie zobaczyć Jerozolimy? Ali macha głową potakując.

W radiu zmieniają się rytmy i bieguny muzyczne, po dwóch godzinach jazdy, zaczynam jakby rozróżniać melodie, a nawet chyba czasami rozumiem o czym śpiewają 🙂 Umysł wyłapuje wybiórczo fonetycznie znajome wyrazy i przestawia je na znajome polskie. Więc słyszę dźwięczne „ale dał mu hale….”, „baba daje kota…”, „zwalił bułe, ale ...uje”.

– siedzący obok mnie, najmniej sympatyczny z całej kompani "Ananas", nagle się trochę ożywił, minę ma nietęgą iż musi cisnąć się z dwoma białymi ‚‚ajnabi” (obcymi).

Troche niepokojące jest to, że od ponad godziny, zamiast czytać arabskie znaczki, Ananas niepokojąco ogląda siedzącego na jakimś tronie brodacza w czarnym turbanie. Jegomość wygląda niczym typowy przywódca terrorystów z amerykańskiego filmu o bliskim wschodzie (uwaga mały offtop) – gdzie amerykanie probują się częściowo rehabilitować za napaść na Irak itp. I np taki Mark Whalberg czy inny Bradley Cooper razem z małym oddziałem Marines dzielnie dziesiątkuje śniadych brodaczy w arafatkach, którzy ślepo wbiegają mu pod M16 z celownikiem kolimatorowym krzycząc „hala hala hala”. Na końcu rani niechcący arabskie dziecko trzymające wyrzutnię RPG w rękach – zastawia się nad sensem wojny i walki. Gdzie w tym czasie jego koledzy, spuszczają ropę. Dwie nominacje do Oscara, box office na 250 mln dolarów przychodu, kilkadziesiąt ton rozrzuconego popcornu i rehabilitacja zakończona pomyślnie. 

Spoglądając na Ananasa pochłoniętego fascynującym wykładem myśle sobie – oho, to pewnie ichni "ojciec dyrektor", tylko jeszcze bardziej radykalny. Ci z przodu są naprawdę sympatyczni i jest 99,9% szans że dojedziemy bez czarnych worków na głowie. Ale w takich chwilach wyobraźnia działa „wysokoprężnie”. 

Kierowca Anes odwraca się i mówi:

— Wcześniej pracowałem jako nauczyciel w szkole, ale mało płacili
— A ile zarabia u was nauczyciel? – pytam
— Jakieś 4000-5000 szekli to zależy, a u was?

Przeliczam szybko w głowie, a z mnożnikiem x1 to dość łatwe.

W Polsce nauczyciel zarabia od 2000-3000 tys szekli / zł i to też zależy – odpowiadam.

Myśle sobie chcieli by nasi zarabiać 5 klocków na głowę, ale znowu w kraju w którym nieduży zestaw w McDonaldsie kosztuj ok 60 zł i wszystko prócz hummusu wydaje się 2x droższe niż w Polsce, mieszkanie w niewyszukanej dzielnicy Jerozolimy ok 1 mln zł, to sytuacja wygląda wcale nie lepiej. Co łączy nas to tu i tu zawód nauczyciela nie cieszy się uznaniem.

— Zobacz tak wyglądałem dwa lata temu – nasz kierowca Anes pokazuje mi zdjęcie łysego w samurajskim stylu faceta o znajomej fizjonomii, po boku gęste czarne włosy.

Próbuje porównać to z obrazem który widzę przed sobą i nie ma się to jak do rzeczywistości.

— Zrobiłem w Turcji przeszczep, tam jest najtaniej 3000$ i masz bujną czuprynę – dodaje Anes

— Niesamowite, jak oni to robią? – podziwiam gęste włosy na głowie palestyńczyka.

— W Turcji specjalizują nie w przeszczepach, wszyscy do nich jeżdżą.

Do tej pory Palestyńczyków wyobrażałem sobie stereotypowo jak pokazują ich media, jako biegających wąsaczy w arafatkach i palących na jakimś placu flagę z gwiazdą dawida, krzyczących coś tam bez sensu. 

Ze względu na swój konformizm i ignorancję jakoś nigdy nie myślałam o nich jak o zwykłych ludziach którzy też korzystają z whatsapa, spotiffi, jeżdżących na treking i nurkowanie, a nawet przeszczepiajacych sobie włosy. Raczej wydawało mi się ze większość dnia biegają po placu paląc wkółko te flagi, ew przez resztę dnia pastwią się nad swoimi żonami. Ale takim obrazem byłem karmiony, przez media i innych zaprogramowanych w ten sposób ludzi.

Mogą żyć jednak w miarę normalnie w okupowanym kraju, cieszyć się z drobnostek jak i dużych rzeczy.

„Komórkowy Immam” dość energicznie gestykuluje wykrzykiwując przy wturującej wrzawie tłumu.

Myśle sobie, no ładnie, pewnie krzyczy „zabić niewiernych!”.

Nagle słysze ożywienie w towarzystwie i gesty pokazując na pobocze, samochód lekko zwalnia. 

Na pobliskim przystanku stoi grupa żydowskich młodzieńców z poprzypinanymi jarmułkami ubranych na galowo w białe koszule, spodnie na kancik. Chociaż może to ich strój codzienny? Chyba jacyś ortodoksi, w sumie piątek – wieczorem zaczyna się szabat.

Ali pokazuje młodzieniaszków palcem i wykonuje w powietrzu palcem jakiś negujący gest.

— Ich nie bierzemy? Nie lubimy ich? – pytam z przekąsem?

— Nie – kwituje Ali.

Weszli tu nieproszeni i zabrali nam naszą ziemię, a teraz się panoszą wszędzie.

ALI BABA MY COUNTRY!!! — mówi głośno Ali z dużą siłą w głosie wykonując przy tym gest łokciem.

— Dlaczego zabili mi ojca? Odebrali dom. To mój kraj!

W samochodzie zapanowała nerwowa cisza. Powietrze jakby zgęstniało.

Alibaba my country? – Cokolwiek to znaczy – nie wiem co odpowiedzieć? Chyba w takimi momencie lepiej zamilczeć.

Oprócz turkającego diesla słychać tylko „mobilnego imama” wykrzykującego jakieś gardłowe „hala hala”.

— Panoszą się wszędzie  – kontynuuje Ali.

— Jak spotkacie dalej żydów, to zobaczycie że oni nie są jak my, wywyższają się, mają się za lepszych.

Czuję się rozbity, nie pałam sympatią do tych stojących na przystanku żydowskim chłopców, w tej chwili jestem Palestyńczykiem któremu odebrano dom, człowiekiem drugiej kategorii we własnej ziemi.

Później wyczytałem że w latach 50-tych podczas formowania się państwa Izrael nacjonalistyczne bojówki żydowskie przejmowały tereny i mordowały ludność palestyńską. Dochodziło nawet do tzw. pokazówek rodem ze średniowiecza gdzie oddziały żydowskie wpadały i mordowały w bestialski sposób palestyńską ludność cywilną, puszczały kilku żywych żeby ci rozgłaszali w sąsiednich miejscowościach co się stało i w ten sposób tereny wysiedlały się praktycznie same.

Co ciekawe autor twierdzi że to bardzo skuteczna i przemyślana strategia skierowana na małe straty w ludności cywilnej. „Zamordujemy w bestialski sposób dwudziestu, to reszta ucieknie sama” i tak sie działo.

Słabo uzbrojeni Palestyńczycy bez większego wsparcia opuszczali swoje domy. 

Oczywiście bojówkarze palestyńscy nie byli lepsi np. napadali na samochody czerwonego krzyża i tam nie pytając mordowali wszystkich jak leci. Oko za oko, ząb za ząb. Izraelczcy poprostu byli sprytniejsi, przebieglejsi i chyba bardziej zdesperowani.

Chłopaki prócz Ananasa, wyszli z samochodu, pomogli nam wyciągnąć bagaże

Wymieniliśmy kilka misiów oraz konta na whatspie i tyle po nas.

Egipt / Kair

Egipt który przeżyłem i chcę wam opisać to nie all inclusive w Sharm el Sheikh, nie Aperol Spritz na leżaczku basenowym, ale tętniący życiem Kair i jego peryferia: pełen smogu, kurzu, pisku klaksonów, spieszących gdzieś ludziu, czy pieśni muezzina odtwarzanej z głośnika na pobliskim minarecie.

Ale od początku...

Zanim dojechaliśmy z lotniska do Kairu, a bardziej rzecz ujmując do naszego hostelu, to już na samym wstępie byliśmy bardzo mocno zaskoczeni sztuką prowadzenia aut przez tamtejszych kierowców. Celowo użyłem sformułowania „sztuka”, bo na pewno nie jest to jazda według kodeksu drogowego.

Uliczka w Kairze

Nawiasem mówiąc w kilku państwach zdarzyło mi się wynajmować auto, ale w Kairze nigdy bym się na to nie zdecydował. Istna wolna amerykanka na ulicach. Ci ludzie jeżdżą jak chcą, nie uwzględniając chyba żadnych przepisów. Wystarczy trąbnąć i można zjechać z pasa, skręcić z podporządkowanej na z pierwszeństwem nie zwracając uwagi na inne pojazdy. Dlatego w całym mieście słychać jeden wielki odgłos klaksonów jakbym był na jakimś meczu piłki nożnej, gdzie kibice zamiast się wydzierać dmuchaliby w trąbki.

Ten dźwięk nigdy nie gaśnie, słychać klaksony dwadzieścia cztery godziny na dobę. Drogi generalnie nie są złe, czasami nawet są na nich narysowane linie, ale nikt się do tego nie stosuje. Wręcz na bank będziesz miał kolizję, gdy będziesz jechał swoim pasem, tak jak to w "normalnych" krajach zazwyczaj się jeździ. Mało tego, tam turysta zawsze jest winny przy stłuczkach.

To co jeszcze rzuca się w oczy (a raczej się w oczy nie rzuca) to rzadko spotykane przejścia dla pieszych. Nawet gdy się takie gdzieś pojawiają i nawet jak są na nich sygnalizacje świetlne to i tak każdy przechodzi jak chce, gdzie chce, kiedy chce, a kierowcy mają to "głęboko", że masz zielone. A co na to policja? Tam prawie na każdym skrzyżowaniu stoi policjant i nigdy nie widziałem, aby ktoś dostał za to mandat. Więc wniosek nasuwa się sam – masz tak przejść przez ulicę, aby nie zostać uderzonym przez samochód. Gdyby niebezpieczeństwa było mało, kierujący nie zwalniają na twój widok, nie ustępują Ci pierwszeństwa, tutaj ludzie życie nie jest najważniejsze. Po prostu masz się dostosować, bo ulica przecież jest dla samochodów, a nie dla pieszych. Zasada ta funkcjonuje również przy przejściu dla pieszych z sygnalizacją. Nawet jak masz zielone światło i w miarę widocznie namalowaną zebrę, to ty masz uważać na nich, a nie oni na Ciebię.

Typowy korek w Kairze

Przez pierwsze dni przejście na drugą stronę ulicy było dla mnie stresujące. Tak samo jeżdżąc taksówką czy uberem przecierałem oczy z podziwu, jak oni to robią? Kierowca mojej taksówki po prostu trąbi i wpycha się omijając innych uczestników zachowując odległość jedynie "na szpileczkę". Dodatkowo często zdarzają się rowerzyści z wielkimi koszami z dużą ilością chleba na głowie,  jadący środkiem ulicy i w dodatku pod prąd. Do tego pełno ludzi przechodzących na drugą stronę ulicy, którzy dosłownie tańczą między pojazdami. Naprawdę jestem pełen podziwu dla nich za taką jazdę, gdyż ani razu nie widziałem żadnej stłuczki (?!).  

Wracając do początku opowieści jadąc z lotniska do hostelu oprócz wspomnianej drogowej dziczy jeszcze jedno rzuca się w oczy -  kierowca nie włączył świateł mimo, że jechaliśmy po zmroku. Sądziłem, że zapomniał więc chciałem mu zwrócić uwagę (ale nie za bardzo wiedziałem jak to powiedzieć po arabsku) jednakże po chwili zorientowałem się, że co drugi pojazd jechał bez świateł. Dotyczyło to również skuterów, motocykli, czy tuk tuków których jest tu dość sporo. Na oświetlonych częściach ulicy było w miarę dobrze, ale gdy ulica nie była zaciemniona, to już było to mało śmieszne. Dopiero potem dowiedziałem się, że kierujący mogą nie korzystać ze świateł przy jeździe po ciemku, gdyż, jak twierdzą światła oślepiają innych kierowców (logiczne nie?).

Koran jako kodeks każdego kierowcy

Gdy dojechaliśmy już do hostelu w pierwszej kolejności rzucał się w oczy brud i wszędzie walające się śmieci. Budynki i ulice są wręcz czarne od pyłu i różnego rodzaju maści, smarów, spalin czy plastików. Niby miasto sprzątane jest niemalże codziennie, ale widać, że nie jest to robione jakoś szczegółowo dokładnie. 

Ludzie są bardzo mili, witają nas na każdym kroku. Co chwilę słychać było „Hello my friend, how are you, Welcome to Cairo”. Było to na początku miłe, ale po kilku dniach miałem już dość ich zaczepiania i powitań, tym bardziej, że było wiadome, że nie robią tego bezinteresownie. Zawsze zaraz po przywitaniu zapraszają Cię do odwiedzenia ich stoiska, sklepiczku itp.

Już od samego lotniska co chwilę spotykałem ludzi, którzy twierdzili, że są moimi przyjaciółmi. Pierwszy z nich przywitał mnie w "kiblu"… . Wszedłem do łazienki, gdzie po długim locie chciałem odcedzić kartofelki. W środku jakiś mężczyzna uśmiechnął się do mnie mówiąc: „Heloł maj frend, łelkam” i wskazał mi, gdzie są pisuary (jak bym sam nie wiedział, że za drzwiami z napisem WC). Po skorzystaniu umyłem ręce, a mój przyszywany przyjaciel zerwał szybko papierowy ręcznik, pocałował go i mi go wręczył. Następnie wykonał międzynarodowy gest tarcia palcami dając mi do zrozumienia, że chce pieniądze za swoją życzliwość.

Kolejnego przyjaciela spotkałem przy schodach. Stał w mundurze. Nie wiem do końca, czy był to policjant, strażnik graniczny czy może ochroniarz. Gdy mnie zauważył oczywiście uśmiechnął się, "wyhelołował" i również chciał pieniądze. Ale w zasadzie nie wiem za co miałem mu zapłacić, bo przyjaciel z kibla chociaż podał mi papier, a ten nie usłużył mi w żaden sposób. Oczywiście żaden z nich nie dostał ode mnie pieniędzy, ale takich akcji miałem kilkanaście codziennie.  

Klima-tyczna uliczka handlowa

Ale wracając do Kairu, jak wspomniałem, jest to stolica Egiptu i jednocześnie największe miasto w tym kraju. Jego powierzchnia to 606 km2 na której zamieszkują aż 20 milionów ludzi, ale władze nie są w stanie dokładnie oszacować, ilu ich jest dokładnie, gdyż codziennie przybywa tu ok tysiąc nowych mieszkańców. Prawdziwym ewenementem jest to, że 2 miliony ludzi zamieszkuje na slumsach o których jeszcze napiszę.

Do hotelu przybywamy dość późno więc od razu idziemy spać, a nad ranem budzi mnie Muezzin swoim nawoływaniem do modlitwy. Także oprócz całonocnych klaksonów dochodzi do tego ten piękny śpiew mówiący, że jesteśmy w kraju muzułmańskim, gdzie obowiązują całkiem inne zasady. 

Ciąg dalszy nastąpi

Izrael, przedmieścia Jerozolimy 

Wiekowa już Corolla na izraelskich blachach, mknie przez przedmieścia Jerozolimy. W środku panuje totalny bałagan, rozrzucone papiery, puszki po energetykach, płyty CD itp.

Za oknami leniwie przesuwają się jałowe wzgórza, ciągnące się kilometrami, brutalnie poprzecinane licznymi tunelami. Złociste promienie słońca tańczą przed moimi oczami, rozświetlając drobinki kurzu na szybie auta.

Z radia cicho sączą się gardłowe dźwięki hebrajskiego języka. Niski tembr głosu, energicznie wypowiadający frazy w rytm muzyki, zdradza, że właśnie trwa pasmo reklamowe.

Kierowca – młody Izraelczyk o szlachetnych rysach twarzy, szczupłej sylwetce i na swój sposób hipsterskim stylu – zupełnie nie pasuje do stereotypowego obrazu Żyda, który mam w głowie. Jego roztrzepane, gęste, czarne włosy, „rajbany” i bijący od niego rock’n’rollowy luz bardziej przywodzą na myśl wokalistę brit-popowej grupy.

- Where are you from guys? Pyta ze wschodnim akcentem.
- Poland! - odpowiadam
- Yeeah nice — Holland. Amsterdam nice city!
- No, Po-land - zaprzeczam
- Ohh Poland, sorry. Polin! - pielgrzymka religijna śladami Jeshu? - pyta nasz kierowca z lekkim uśmiechem

Trochę czuje się zawiedziony, iż wyrwałem naszego nowego kompana z błogiej krainy: tulipanów, wiatraków, coffee shopów, czerwonych ... brutalnie przenosząc go, no właśnie gdzie … do "Polin"? 

Zastanawiam się o czym pomyślał - Oświęcim, Jedwabne, piece krematoryjne, a może chociaż „Lewandowsky”? Jaki obraz mojego rodzimego kraju może nosić młody Izraelczyk? (hmm..)

Nie raz, odpowiadając Poland, doświadczyłem lekkiej konsternacji u izraelskich rozmówców czy wręcz zakłopotania. Może lepiej pozostać przy Holland? Albo chociaż Slovakia - brzmi tak neutralnie, niewinnie.

Patrzcie tutaj? - Kierowca Dawid pokazuje palcem na wysypisko śmieci na wzgórzach.

Moje oczy akomodują, skanując szczegóły szybko poruszającego się terenu, przywodzące na myśl zabudowania, niby garaże, gruzy, slumsy?

- To Beduini. Mieszkają tutaj na dziko - bez prądu, kanalizacji, wi-fi 🙂 - zaśmiał się Dawid.

Beduini w Izraelu? Próbuję łączyć fakty, przywołując obrazek pustynnego jeźdźca na wielbłądzie.

Żyją tu od lat. Ciągnie dalej młody Żyd - rząd zaproponował im mieszkania, ale oni nie chcą o tym nawet rozmawiać, wolą żyć w swoich prowizorycznych osiedlach. Nie wygląda to dobrze, psuje obraz miasta, ale ciężko coś z tym zrobić.

Mijamy wzgórza oświetlone zachodzącym słońcem. W radiu słychać newsowy dżingiel, poważny ton wypycha z siebie gardłowe hebrajskie głoski. Pulsująca muzyka w tle buduje stopniowo lekkie napięcie. Przyłapuję się, iż próbuje zrozumieć o czym mówi prowadzący, niestety nie mam nawet najmniejszego punktu zaczepienia.

- Około pół kilometra od nas był atak na checkpoint (wewnętrzny punkt graniczny), został ostrzelany z karabinu maszynowego. Zginął żołnierz Izraelski - mówi Dawid.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, z frapującą miną kiwam głową na boki, próbując w ten sposób wyrazić jakiś gest solidarności z zabitym, a tym samym z całym narodem izraelskim.

- Palestyńczycy? - pytam
- Tak
- Blisko, czy coś nam grozi?

- Raczej nie, po takim ataku, jest zazwyczaj dłuższy okres spokoju. Oni głównie atakują żołnierzy, ostatnio było spokojnie, ale chyba za długo - odpowiada wyczerpująco kierowca.

- My oprócz granic zewnętrznych mamy też wewnętrzne, wróg może czaić się wszędzie. Żyjemy razem od lat, to bardzo skomplikowany problem. Za dużo przelanej krwi po obu stronach, próbujemy się uczyć żyć razem, ale to bardzo trudne, za dużo zaszłości.

Zdziwiła mnie tak dojrzała wypowiedź dość młodego człowieka. Prędzej oczekiwałbym jakiegoś soczystego hebrajskiego „kurwa.”.

Mkniemy dalej przez skrzyżowania, otacza nas typowa bliskowschodnia miejska zabudowa.

– Zaraz wjedziemy w dzielnicę palestyńską, więc zakręć szybę – mówi kierowca, wskazując na korbę w drzwiach po mojej stronie.
- Czy tu jest niebezpiecznie? - pytam.
- Dla was nie, dla mnie tak. Mogą obrzucać samochód kamieniami, mam specjalną folię naklejoną na szyby. 
- Kamienioodporną? - pytam 
- Szybę zbiją, ale dzięki niej kamienie i odłamki nie wpadną do środka - oznajmia kierowca.
- Dość łatwo można odróżnić gdzie żyją Palestyńczycy, a gdzie Żydzi - stwierdza Dawid.
- Widzicie dachy? Tam są takie jakby bańki, to systemy ogrzewania wody. Niektóre są białe, a niektóre czarne. Z czarnymi to budynki należące do palestyńczyków, białe to żydowskie domy - mówi.

folia kamienioodporna
"Kamienioodporna" folia naklejkona na szyby izraelskich samochodów
"Bliskowschodnia fotowotaika" - słoneczny podgrzewacz wody z dwoma zasobnikami, oraz na dole panele podgrzewające przepływającą wodę.

- Tutaj zaraz będę musiał was wysadzić na dzielnicy ortodoksów, stąd będziecie mieli blisko już do hosteli i starego miasta. 

Trochę posmutniałem na myśl, że zaraz ktoś przegoni mnie z błogiego tronu, którym okazał się fotel starej Toyoty, w której mknąłem, podziwiając skąpaną w wieczornym słońcu Jerozolimę. Po dniu spędzonym z 25-kilogramowym plecakiem i przejechaniu 400 km różnymi autostopami, wizja dalszej wędrówki napawała mnie umiarkowanym niepokojem. Mimo to ciekawość, co będzie dalej, jest silniejsza, a ja zaczynam czuć, jak powoli uwalnia się koktail kortyzolowo-dopaminowy.

jerozolima
To Łódź, to Poznań? Nie to Jerozolima!

Me'a Sze’arim tak śpiewna nazwa (hebr. מאה שערים, dosłownie „sto bram” lub „stukrotna”) to jedna z najstarszych dzielnic żydowskich w Jerozolimie i w całym Izraelu. Jest zamieszkana głównie przez żydów ortodoksyjnych. Żyjących wg zasad Tory czyli pięcioksięgu mojżeszowego

Me'a Sze’arim przywitała nas chłodem wieczoru, chaotyczne budynki z piaskowca opasane kilometrami kabli ciągnących się po elewacjach, zwisające pnącza z budynków, przybierające przedziwne formy wprowadziły by w osłupienie niejednego elektryka. Człowiek nawet nie stara się zrozumieć, dlaczego? Jak? 

Dopiero po chwili spostrzegłem, że w Jerozolimie jest zupełnie zimno, jak różnica jest pomiędzy ciepłym Ejlatem na południu kraju, a Jerozolimą na północy. Jest wieczór a my nie mamy noclegu, czas się za czymś rozejrzeć…

CDN.

jerozolima
Niesamowite przypominające rzymskie miasta wąskie uliczki Jerozolimy.

Izrael, Jerozolima

Niespotykana nigdzie indziej mieszanka tak niepoprawnych postaci, które dosłownie "wlewają się" do wyślizganych uliczek starego miasta. W odmętach zgiełku i chaosu, dryfuje razem z tłumem starając się osiągnąć cel swojej wędrówki.

Tłuszcza nerwowo rozmywa się po arteriach komunikacyjnych starego miasta. Muzułmanie spieszący do zamkniętej dla niewiernych słynnej Kopuły na Skale, gdzie wg podań Mahomet wstąpił do nieba. Chrześcijanie podążający drogą Via Dolorosa na miejsce ukrzyżowania Chrystusa Zbawiciela oraz judaiści udający się w miejsce dla nich najświętsze - słynną Ścianę Płaczu gdzie jeszcze około dwa tysiące lat temu mieszkał w przybytku Bóg bezimienny.

Starożytna Brama Damasceńska
Jedna z bram prowadząca do starego miasta w Jerozolimie. (fot. Daniel Wiśniewski).
Tutaj słowo multi-kulti ma wymiar absolutnie totalny
Dobra stylówka jest najważniejsza.

A co z "światłymi i nowoczesnymi"? Dla nich jest poprawny politycznie Tel Awiw pełen klubów, plaż i galerii handlowych, miasto które nie zasypia, zupełny negatyw Jerozolimy.

Przekraczając granice starego miasta miałem takie wewnętrzne oczekiwanie, jakiegoś głębokiego przeżycia duchowego, w końcu jest to jedno z najważniejszych miejsc dla chrześcijan, żydów czy muzułmanów. Przechodząc przez starożytną Bramę Damasceńską, pierwsze co rzuca się w oczy to jeden, wielki, niekończący się jarmark.

Lubię na chwilę przystanąć i obserwować ludzi,
a w Jerozolimie spotkasz: Lawrenca z Arabii w przewiewnych białych arabskich szatach, odciśniętego jak z formy pejsatego ortodoksa, chinkę "ubraną" w torebką od Luis Viton,
"creepy" kobietę w hidżabie, tudzież mundurowych w awiatorach jakby wyjętych z taniej sensacyjnej produkcji Netflixa.

Ulice starego miasta w Jerozolimie.

Sama droga Via Dolorosa którą był prowadzony Jezus na miejsce swojej kaźni to niekończący się stragan odpustowy z dewocjonaliami kilku religii. Żydzi czy Palestyńczycy w jedności, jak jeden mąż solidarnie traktują wszystkich pielgrzymów i chętnie skubią ich do ostatniego szekla.

Tutaj słowo multi-kulti ma wymiar absolutnie totalny. Chińskie pamiątki kupione w tak kultowym miejscu, nabierają potężnego i emocjonalnego pokładu energii. Różnorodność nacji, religii, ubioru, mieszanka Azji, bliskiego wschodu, Europy i Afryki sprawia, że w tym religijnym bigosie, każdy z odwiedzających może poczuć się nieswojo.

Stacja III-cia: "It's a special offer for You my friend!"

Z jednej strony widać wszędzie podziały na części chrześcijańskie, żydowskie czy muzłumańskie, a z drugiej zlewa się to, wszystko w jedną taką papkę na tle starożytnych murów z piaskowca.

Oczywiście nie jest tak, iż nie zachęcam, absolutnie warto odwidzić stare miasto w Jezrozolimie, jest to jedyne w swoim rodzaju miejsce ze swoim mikroklimatem. Biom o niezwykłej różnorodności, tak inny od naszej europejskiej zhomogenizowanej kultury.

Bazylika Grobu Świętego Kopuła rotundy Anastasis

Chrześcijanie mają tutaj swoje enklawy, praktycznie każdy znajdzie miejsce swojego wyznania np. surowy i zarazem pusty kościół ewangelicki Odkupiciela, albo "ekumeniczną" Bazylikę Grobu Świętego gdzie prawosławni palą świeczki, katolicy czynią znak krzyża kontemplując w ciszy, a protestanci robią selfie.

Zapomniałbym o Żydach, czyli gospodarzach którzy mają swoje miejsce sąsiadujące z kopułą na skale, najświętsze miejsce judaizmu tzw. Ścianę płaczu czyli Western Wall. Pozostałość po murach zniszczonej przez Rzymian Drugiej Świątyni wybudowanej przez Heroda Wielkiego.

Ściana płaczu
Jedyna pozostałość Świątyni Jerozolimskiej - resztki muru oporowego, tzw. Ściana Płaczu

Jeśli szukasz chwili zadumy i odpoczynku od zgiełku to ciekawą alternatywą jest wyprawa poza stare miasto na wzgórze Oliwne, gdzie można spędzić chwilę zadumy patrząc na monstrualnie rozrośnięte drzewa oliwne w ogrodzie Getsemani pamiętające jeszcze czasy Jezusa Chrystusa (małe i niepozorne drzewko oliwne potrafi być długowieczne) . Niesamowity starodawny żydowski cmentarz i panoramę Starego Miasta chętnie podziwianą z punktu widokowego na wzgórzu.

Drzewa oliwne w ogrodzie Getsemani na Górze Oliwnej pamiętajace czasy Jezusa.
Drzewa oliwne w ogrodzie Getsemani na Górze Oliwnej pamiętające czasy Jezusa.
W miejscach najbardziej fascynują mnie ludzie.

Izrael, okolice Doliny Timna 

Stoimy na stopa przy 90-tce – ekspresówce łączącej pustynne i suche południe Izraela z zieloną północą. Po dziesięcio kilometrowym marszu z plecakami ważącymi około dwudziestu kilogramów, suchy spękany asfalt pod tyłkiem wydaje się aksamitny niczym posłanie króla Salomona.

Krajobraz jest tutaj dość ubogi, bezkres piachu i skał przerywa czasami jakiś krzew, czy też pojedyncze skarłowaciałe drzewo. Na wschód roztaczają się niczym mur obronny niewysokie, ale za to masywne góry oddzielające Izrael od Jordanii. 

Tkwimy już tutaj jakieś 1,5 godziny. Samochody mijają nas, jakbyśmy byli niewidzialni.

— Ehh! Szkoda, że nie jesteś zgrabną blondynką – mówię uśmiechając się do kompana
— już pewnie byśmy mijali Morze Martwe

Suchy wiatr smaga po twarzy, dając momentami złudne poczucie chłodu, popijam wodę z plastikowej butelki, pobraną z pompy w pobliskim kibucu na której widniała tabliczka z napisem „do not drink” martwiąc się, że nie dużo jej już zostało.

Roman dzielnie walczy nie przepuszczając żadnemu kierowcy, a ja zrezygnowany opieram się o barierkę drogową. Słychać głośny dźwięk przejeżdżającego z dużą prędkością czarnego SUV’a. 

— U tego jegomościa było widać skruchę, nawet poczucie winy w oczach,  że nas nie zabrał – sarkastycznie rzucił Roman ku pokrzepieniu serc.

Fala uderzeniowa wywołana przez samochód i drobinki piasku obijające się o twarz smagła znienacka biczem.

— Tylko żeby się nie zatrzymała jakaś bojówka palestyńska, jeszcze zrobią nam Allahu Akbar – rzucam suchara. Powoli zaczyna udzielać się nam głupawka, próbujemy zabić czas gadając co popadnie.

Nieoczekiwanie zatrzymuje się białe Isuzu wyglądające jak skrzyżowanie lodówki ze starą przyczepą campingową. W popłochu i niedowierzaniu zbieramy nasz "majdan".

Nagle od strony pasażera otwiera się szyba. W środku znajoma twarz!

Skąd, jak, gdzie…? Słychać ochy i achy z chrapliwym bliskowschodnim akcentem.

Kierowcą okazuje się być ten sam człowiek który wiózł nas dzień wcześniej z Ejlatu do Doliny Timna. Tym razem już w większym towarzystwie, ponieważ w samochodzie oprócz niego jest jeszcze dwóch rosłych, na oko 30-kilkuletnich facetów.

W atmosferze śmiechów wsiadamy do środka.

— Co za spotkanie! Haha! Długo tak stoicie? – pyta kierowca po angielsku

— Salom emalikum! Jakieś dwie godziny, ale wydaje się jakby cały dzień – odpowiadam

–  I widzisz mówiłem Ci ostatnio, że Żyd się nie zatrzyma, ale cieszcie się że trafiliście na Palestyńczyków – mruga z uśmiechem Anes – kierowca.

Anes, Roman, Ali - ładujący bagaże na Isuzu.

Śmiechów i achów roznosi się coraz więcej. Pakujemy plecaki na pakę, a sami wsiadamy do tyłu obok jednego z trzech śniadych kompanów.

— A o co chodzi z tymi Żydami, czemu się nie zatrzymują? – pytam grzecznie

— Mają się za wielkich panów – westchnął Anes prężąc w zabawny sposób muskuły

— Ciesze się że trafiliśmy na dobrych Samarytan, Palestyna rules! – odparłem chcąc się przypodobać nie wiedząc jakiej reakcji mogę się spodziewać.

— Ten obok mnie to Ali — przedstawia kierowca, a z tyłu z wami siedzi Walid, ale on nic nie gada, w ogóle jest dziwny, haha! – kończy śmiechem.

Spoglądam na siedzącego obok mnie krępego osobnika, twarz jakby ociosana młotem skała, bokserski nos, stosunkowo niskiego wzrostu. Wzrok ślepo wpatrzony w ekran smartfona, aktualnie głuchy na wszelkie zewnętrzne bodźce.

— Ej ty, Walid śpisz? – podśmiewają się dwaj siedzący z przodu Palestyńczycy.

Po czym wymieniają kilka gardłowych, zupełnie niezrozumiałych dla nas dźwięków. Walid tylko od niechcenia od machnął ręką jak gdyby odganiał niewidzialne muchy.

— Zabieram chłopaków do domu, cały tydzień jesteśmy tutaj, a w piątki zjeżdżamy do Nazaretu – mówi Anes kierowca.

Szczupły i wysoki mężczyzna o typowych arabskich rysach, z bystrym spojrzeniem, to zupełne przeciwieństwo swojego krępego kolegi Walida.

— A można wiedzieć co tutaj robicie? – pytam chłopaków
— Remontujemy wodociąg na lotnisku, prowadzę małą firmę z usługami hydraulicznymi – odpowiada Anes
— Ale to dla Izraelczyków? – dodaję
— Niestety, ale tu można dobrze zarobić. Jesteśmy od poniedziałku do szabatu, a na weekend zjeżdżamy do swoich rodzin. 

Ali podkręca radio i w takt muzyki wodzi palcem w powietrzu. 

Orientalna muzyka pop, głośno rozbrzmiewa z kiepskiej jakości fabrycznych głośników auta. Egzotyczne dla ucha dźwięki muzyki oraz śpiew przypominający kozie zawodzenie w pięcio tonowej skali arabskiej, wydają się brzmieć trochę niepoważnie i komediowo. Muzyka genialnie rozluźnia atmosferę.

Wszystko byłoby świetnie, gdyby tylko nie Walid siedzący obok, wbijający mi się w moje prywatne biodro, wpatrzony tępo w komórkę na której ekranie wyświetlają się jakieś arabskie szlaczki.

Próbuje zrobić test uśmiechu na Walidzie, ale twarz ma kamienną i poważną niczym Charles Bronson w „Parszywej Dwunastce”.

Za to Ci dwaj z przodu są niesamowicie wyluzowani i otwarci. Dzieli nas religia, kultura, tysiące kilometrów, ale w to południe siedzimy razem na przestrzeni kilku metrów, oddychamy tym samych powietrzem i razem dzielimy niewygody podróży śmiejąc się w takt arabskich nutek.

Mijamy tajemnicze zabudowy, niczym potężne hangary ciągnące się na przestrzeni kilku kilometrów, przywodzące na myśl jakąś tajną wojskową bazę.

— Co to? Pytam zaciekawiony?

— Tu uprawiają warzywa i owoce przez okrągły rok w środku samej pustyni.

Ali wyciąga komórkę, najnowszego flagowca firmy na S., pokazuje zdjęcia na których ubrany jest w kombinezon do nurkowania. 

— Jeździmy co któryś weekend na Synaj w Egipcie ponurkować i na trekking. Byliście tam? - Zapytał nie czekając na odpowiedź, sympatycznie wyglądający niczym arabski wychudzony Vin Disell - Ali.

Na słowo klucz Synaj w mojej głowie urodziła się wizja brodatego faceta z wielką "lagą", trzymającego kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań, myślami poleciałem dalej - wędrówka ludów, manna z nieba itp. Ale nurkowanie? Trekking? To jakoś nie pasuje mi do tego miejsca. 

— Jeździmy do Taby, to może ze 100 km stąd, wspaniałe widoki pod wodą, a wieczorem treking po górach i grillujemy – odpowiada Ali

Palestyńczyk na telefonie scrolluje kciukiem galerie zdjęć, ukazując mozaikę z kafelek z przecudnymi widokami gór, koralowców jak i pamiątkowe selfie.

Na kilku zdjęciach przewija się wizerunek kobiety w hidżabie, czarnej chuście którą noszą muzułmańskie kobiety po osiągnięciu wieku dojrzałości (noszenie jej jest wyrazem skromności, cnót nauczanych i praktykowanych w islamie).

Chłopak nerwowymi ruchami szybko przesuwa, serię zdjęć z kobietą.

— Dziewczyna, żona? Pytam z typowo polskim akcentem.

Niestety nic nie odpowiedział, ale było widać, że palestyńczyk był lekko poddenerwowany.

Mocno mnie to uderzyło. Chłopak nieźle zmieszał się po nieumyślnym pokazaniu kilku zdjęć szczelnie zakamuflowanej kobiety, przez "workowe" ubranie zupełnie wyzutej z seksapilu, gdzie prócz tajemniczych wielkich oczu i czarnych jak heban "nerwowych" brwi nie było widać zupełnie nic. Jakby to było tylko zachowane dla niego tabu.

Jaka to niesamowicie inna kultura. W Polsce jestem bardziej przyzwyczajony, do skrajnie innych zachowań „badaj, moja nowa dupa” i ktoś Ci na siłę pokazuje zdjęcia wymuskanej przesadnie "Dżejsiczki" w obcisłych legginsach i przy krótkiej bluzeczce eksponującej biust, z "przemalowaną" twarzą, zakończoną dziubkiem. „Niezła nie?” Szukając potwierdzenia w Twoich oczach.

W takim momencie zdajesz sobie sprawę że jesteś w innym świecie, gdzie rewolucja seksualna dzieci kwiatów z lat 70 tych nie dotarła nigdy, a druga obecna rewolucja LGBT też tutaj nie przebije się przez grubą religijną zasłonę islamu.

zobacz II część artykułu

Więcej outsiderów?

Spodobało się wam nasze podejscie do odkrywania świata, to zapraszamy Cię na nasz kanał na youtubie.
ZOBACZ NA YOUTUBE
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram