Egipt to państwo, które przede wszystkim kojarzy się turystom z piramidami, nadmorskimi kurortami i Nilem, gdzie można wypocząć delektując się różnymi fikuśnymi drinkami w szklankach z małymi parasoleczkami. Natomiast dla mnie Egipt kojarzy się przede wszystkim z miastem Kair – po ichnemu Cairo. 

Kair, stolica Egiptu jest jednym wielkim molochem mającym na swoim koncie setki meczetów i zabytków ale przede wszystkim to miasto jest pełne syfu, kurzu i brudu. Ale od początku... .


Zanim dojechaliśmy z lotniska do Kairu, a bardziej rzecz ujmując do naszego hostelu to już na samym wstępie byliśmy bardzo mocno zaskoczeni sztuką prowadzenia aut przez tamtejszych kierowców. Celowo użyłem sformułowania „sztuka”, bo na pewno nie jest to jazda według kodeksu drogowego. Nawiasem mówiąc w kilku państwach zdarzyło mi się wynajmować auto, ale tam nigdy bym się na to nie zdecydował. Istna wolna amerykanka na ulicach. Ci ludzie jeżdżą jak chcą nie uwzględniając chyba żadnych przepisów. Wystarczy trąbnąć i można zjechać z pasa, skręcić z podporządkowanej na z pierwszeństwem nie zwracając uwagi na inne pojazdy. Dlatego w całym mieście słychać jeden wielki odgłos klaksonów jakbym był na jakimś meczu piłki nożnej, gdzie kibice zamiast się wydzierać dmuchaliby w trąbki. Ten dźwięk nigdy nie gaśnie, słychać klaksony dwadzieścia cztery godziny na dobę. Drogi generalnie nie są złe, czasami nawet są na nich narysowane linie, ale nikt się do tego nie stosuje. Wręcz na bank będziesz miał kolizję, gdy będziesz jechał swoim pasem, tak jak to w normalnych krajach zazwyczaj się jeździ. Mało tego, tam turysta zawsze jest winny przy stłuczkach. To co jeszcze rzuca się w oczy (a raczej się w oczy nie rzuca) to rzadko spotykane przejścia dla pieszych. Nawet gdy się takie gdzieś pojawiają i nawet jak są na nich sygnalizacje świetlne to i tak każdy przechodzi jak chce, gdzie chce, kiedy chce a kierowcy mają to głęboko, że masz zielone. A co na to policja? Tam prawie na każdym skrzyżowaniu stoi policjant i nigdy nie widziałem, aby ktoś dostał za to mandat. Więc wniosek nasuwa się sam – masz tak przejść przez ulicę, aby nie zostać uderzonym przez samochód. Gdyby tego niebezpieczeństwa było mało, kierujący nie zwalniają na twój widok, nie ustępują ci pierwszeństwa, nawet nie drgnął kierownicą, gdy widzą, że leziesz im prosto pod koła. Po prostu masz się dostosować, bo ulica przecież jest dla samochodów a nie dla pieszych. Zasada ta funkcjonuje również przy przejściu dla pieszych z sygnalizacją. Nawet jak masz zielone światło i w miarę widocznie namalowaną zebrę, to ty masz uważać na nich a nie oni na ciebie. Więc przez pierwsze dni przejście na drugą stronę ulicy było dla mnie stresujące. Tak samo jeżdżąc taksówką czy uberem przecierałem oczy z podziwu, jak oni to robią. Kierowca mojej taksówki po prostu trąbi i wpycha się omijając innych uczestników zachowując odległość jedynie na szpileczkę. Dodatkowo często zdarzają się rowerzyści z wielkimi koszami z dużą ilością chleba na głowie,  jadący środkiem ulicy i w dodatku pod prąd. Do tego pełno ludzi przechodzących na drugą stronę ulicy, którzy dosłownie tańczą między pojazdami. Naprawdę jestem pełen podziwy dla nich za taką jazdę, gdyż ani razu nie widziałem żadnej stłuczki.  

Wracając do początku opowieści jadąc z lotniska do hostelu oprócz wspomnianej drogowej dziczy jeszcze jedno rzuciło się w oczy -  kierowca nie włączył świateł mimo, że jechaliśmy po zmroku. Sądziłem, że zapomniał więc chciałem mu zwrócić uwagę (ale nie za bardzo wiedziałem jak to powiedzieć po arabsku) jednakże po chwili zorientowałem się, że co drugi pojazd jechał bez świateł. Dotyczyło to również skuterów, motocykli, czy tuk tuków których jest tu dość sporo. Po oświetlonych częściach ulicy było w miarę dobrze, ale gdy ulica nie była oświetlona, to już było to mało śmieszne. Dopiero potem dowiedziałem się, że kierujący mogą nie korzystać ze świateł przy jeździe po ciemku, gdyż, jak twierdzą światła oślepiają innych kierowców.  

Gdy dojechaliśmy już do hostelu w pierwszej kolejności rzucał się w oczy brud i wszędzie walające się śmieci. Budynki i ulice są wręcz czarne od pyłu i różnego rodzaju maści smarów, spalin i plastików. Niby miasto sprzątane jest niemalże codziennie, ale widać, że nie jest to robione jakoś szczegółowo dokładnie. 

Ludzie są bardzo mili, witają nas na każdym kroku. Co chwilę słychać było „Hello my friend, how are you, Welcome to Cairo”. Było to na początku miłe ale po kilku dniach miałem już dość ich zaczepiania i powitań, tym bardziej, że było wiadome, że nie robią tego bezinteresownie. Zawsze zaraz po przywitaniu zapraszają cię do odwiedzenia ich stoiska, sklepiczku albo chcą od ciebie kasę. Już od samego lotniska co chwilę spotykałem ludzi, którzy twierdzili, że są moimi przyjaciółmi. Pierwszy z nich przywitał mnie w kiblu… . Wszedłem do łazienki, gdzie po długim locie chciałem odcedzić kartofelki. W środku jakiś mężczyzna uśmiechnął się do mnie mówiąc: „Heloł maj frend, łelkom” i wskazał mi, gdzie są pisuary (jak bym sam nie wiedział, że za drzwiami z napisem WC, jest WC). Po skorzystaniu umyłem ręce a mój przyszywany przyjaciel zerwał szybko papierowy ręcznik, pocałował go i mi go wręczył. Następnie wykonał międzynarodowy gest tarcia palcami dając mi do zrozumienia, że chce pieniądze za swoją życzliwość. Kolejnego przyjaciela spotkałem przy schodach. Stał w mundurze. Nie wiem do końca, czy był to policjant, strażnik graniczny czy może ochroniarz. Gdy mnie zauważył oczywiście uśmiechnął się, wyhelołował i również chciał pieniądze. Ale w zasadzie nie wiem za co miałem mu zapłacić, bo ten z kibla chociaż podał mi papier a ten nie usłużył mi w żaden sposób. Oczywiście nikt z nich nie dostał ode mnie pieniędzy, ale takich akcji miałem kilkanaście codziennie.  

Ale wracając do Kairu, jak wspomniałem, jest to stolica Egiptu i jednocześnie największe miasto w tym kraju. Jego powierzchnia to 606 km2 na której zamieszkują ponad 20 milionów ludzi, ale władze nie są w stanie dokładnie oszacować, ilu ich jest dokładnie, gdyż codziennie przybywa tu tysiąc nowych mieszkańców. Prawdziwym ewenementem jest to, że 2 miliony ludzi zamieszkuje na slumsach o których jeszcze napiszę. Do hotelu przybywamy dość późno więc od razu idziemy spać a nad ranem budzi mnie Muezzin swoim nawoływaniem do modlitwy. Także oprócz całonocnych klaksonów dochodzi do tego ten piękny śpiew mówiący, że jesteśmy w kraju muzułmańskim, gdzie obowiązują całkiem inne zasady. 

Ciąg dalszy nastąpi

Więcej outsiderów?

Spodobało się wam nasze podejscie do odkrywania świata, to zapraszamy Cię na nasz kanał na youtubie.
ZOBACZ NA YOUTUBE
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram