Izrael, Jerozolima

Niespotykana nigdzie indziej mieszanka tak niepoprawnych postaci, które dosłownie "wlewają się" do wyślizganych uliczek starego miasta. W odmętach zgiełku i chaosu, dryfuje razem z tłumem starając się osiągnąć cel swojej wędrówki.

Tłuszcza nerwowo rozmywa się po arteriach komunikacyjnych starego miasta. Muzułmanie spieszący do zamkniętej dla niewiernych słynnej Kopuły na Skale, gdzie wg podań Mahomet wstąpił do nieba. Chrześcijanie podążający drogą Via Dolorosa na miejsce ukrzyżowania Chrystusa Zbawiciela oraz judaiści udający się w miejsce dla nich najświętsze - słynną Ścianę Płaczu gdzie jeszcze około dwa tysiące lat temu mieszkał w przybytku Bóg bezimienny.

Starożytna Brama Damasceńska
Jedna z bram prowadząca do starego miasta w Jerozolimie. (fot. Daniel Wiśniewski).
Tutaj słowo multi-kulti ma wymiar absolutnie totalny
Dobra stylówka jest najważniejsza.

A co z "światłymi i nowoczesnymi"? Dla nich jest poprawny politycznie Tel Awiw pełen klubów, plaż i galerii handlowych, miasto które nie zasypia, zupełny negatyw Jerozolimy.

Przekraczając granice starego miasta miałem takie wewnętrzne oczekiwanie, jakiegoś głębokiego przeżycia duchowego, w końcu jest to jedno z najważniejszych miejsc dla chrześcijan, żydów czy muzułmanów. Przechodząc przez starożytną Bramę Damasceńską, pierwsze co rzuca się w oczy to jeden, wielki, niekończący się jarmark.

Lubię na chwilę przystanąć i obserwować ludzi,
a w Jerozolimie spotkasz: Lawrenca z Arabii w przewiewnych białych arabskich szatach, odciśniętego jak z formy pejsatego ortodoksa, chinkę "ubraną" w torebką od Luis Viton,
"creepy" kobietę w hidżabie, tudzież mundurowych w awiatorach jakby wyjętych z taniej sensacyjnej produkcji Netflixa.

Ulice starego miasta w Jerozolimie.

Sama droga Via Dolorosa którą był prowadzony Jezus na miejsce swojej kaźni to niekończący się stragan odpustowy z dewocjonaliami kilku religii. Żydzi czy Palestyńczycy w jedności, jak jeden mąż solidarnie traktują wszystkich pielgrzymów i chętnie skubią ich do ostatniego szekla.

Tutaj słowo multi-kulti ma wymiar absolutnie totalny. Chińskie pamiątki kupione w tak kultowym miejscu, nabierają potężnego i emocjonalnego pokładu energii. Różnorodność nacji, religii, ubioru, mieszanka Azji, bliskiego wschodu, Europy i Afryki sprawia, że w tym religijnym bigosie, każdy z odwiedzających może poczuć się nieswojo.

Stacja III-cia: "It's a special offer for You my friend!"

Z jednej strony widać wszędzie podziały na części chrześcijańskie, żydowskie czy muzłumańskie, a z drugiej zlewa się to, wszystko w jedną taką papkę na tle starożytnych murów z piaskowca.

Oczywiście nie jest tak, iż nie zachęcam, absolutnie warto odwidzić stare miasto w Jezrozolimie, jest to jedyne w swoim rodzaju miejsce ze swoim mikroklimatem. Biom o niezwykłej różnorodności, tak inny od naszej europejskiej zhomogenizowanej kultury.

Bazylika Grobu Świętego Kopuła rotundy Anastasis

Chrześcijanie mają tutaj swoje enklawy, praktycznie każdy znajdzie miejsce swojego wyznania np. surowy i zarazem pusty kościół ewangelicki Odkupiciela, albo "ekumeniczną" Bazylikę Grobu Świętego gdzie prawosławni palą świeczki, katolicy czynią znak krzyża kontemplując w ciszy, a protestanci robią selfie.

Zapomniałbym o Żydach, czyli gospodarzach którzy mają swoje miejsce sąsiadujące z kopułą na skale, najświętsze miejsce judaizmu tzw. Ścianę płaczu czyli Western Wall. Pozostałość po murach zniszczonej przez Rzymian Drugiej Świątyni wybudowanej przez Heroda Wielkiego.

Ściana płaczu
Jedyna pozostałość Świątyni Jerozolimskiej - resztki muru oporowego, tzw. Ściana Płaczu

Jeśli szukasz chwili zadumy i odpoczynku od zgiełku to ciekawą alternatywą jest wyprawa poza stare miasto na wzgórze Oliwne, gdzie można spędzić chwilę zadumy patrząc na monstrualnie rozrośnięte drzewa oliwne w ogrodzie Getsemani pamiętające jeszcze czasy Jezusa Chrystusa (małe i niepozorne drzewko oliwne potrafi być długowieczne) . Niesamowity starodawny żydowski cmentarz i panoramę Starego Miasta chętnie podziwianą z punktu widokowego na wzgórzu.

Drzewa oliwne w ogrodzie Getsemani na Górze Oliwnej pamiętajace czasy Jezusa.
Drzewa oliwne w ogrodzie Getsemani na Górze Oliwnej pamiętające czasy Jezusa.
W miejscach najbardziej fascynują mnie ludzie.

Izrael, okolice Doliny Timna 

Stoimy na stopa przy 90-tce – ekspresówce łączącej pustynne i suche południe Izraela z zieloną północą. Po dziesięcio kilometrowym marszu z plecakami ważącymi około dwudziestu kilogramów, suchy spękany asfalt pod tyłkiem wydaje się aksamitny niczym posłanie króla Salomona.

Krajobraz jest tutaj dość ubogi, bezkres piachu i skał przerywa czasami jakiś krzew, czy też pojedyncze skarłowaciałe drzewo. Na wschód roztaczają się niczym mur obronny niewysokie, ale za to masywne góry oddzielające Izrael od Jordanii. 

Tkwimy już tutaj jakieś 1,5 godziny. Samochody mijają nas, jakbyśmy byli niewidzialni.

— Ehh! Szkoda, że nie jesteś zgrabną blondynką – mówię uśmiechając się do kompana
— już pewnie byśmy mijali Morze Martwe

Suchy wiatr smaga po twarzy, dając momentami złudne poczucie chłodu, popijam wodę z plastikowej butelki, pobraną z pompy w pobliskim kibucu na której widniała tabliczka z napisem „do not drink” martwiąc się, że nie dużo jej już zostało.

Roman dzielnie walczy nie przepuszczając żadnemu kierowcy, a ja zrezygnowany opieram się o barierkę drogową. Słychać głośny dźwięk przejeżdżającego z dużą prędkością czarnego SUV’a. 

— U tego jegomościa było widać skruchę, nawet poczucie winy w oczach,  że nas nie zabrał – sarkastycznie rzucił Roman ku pokrzepieniu serc.

Fala uderzeniowa wywołana przez samochód i drobinki piasku obijające się o twarz smagła znienacka biczem.

— Tylko żeby się nie zatrzymała jakaś bojówka palestyńska, jeszcze zrobią nam Allahu Akbar – rzucam suchara. Powoli zaczyna udzielać się nam głupawka, próbujemy zabić czas gadając co popadnie.

Nieoczekiwanie zatrzymuje się białe Isuzu wyglądające jak skrzyżowanie lodówki ze starą przyczepą campingową. W popłochu i niedowierzaniu zbieramy nasz "majdan".

Nagle od strony pasażera otwiera się szyba. W środku znajoma twarz!

Skąd, jak, gdzie…? Słychać ochy i achy z chrapliwym bliskowschodnim akcentem.

Kierowcą okazuje się być ten sam człowiek który wiózł nas dzień wcześniej z Ejlatu do Doliny Timna. Tym razem już w większym towarzystwie, ponieważ w samochodzie oprócz niego jest jeszcze dwóch rosłych, na oko 30-kilkuletnich facetów.

W atmosferze śmiechów wsiadamy do środka.

— Co za spotkanie! Haha! Długo tak stoicie? – pyta kierowca po angielsku

— Salom emalikum! Jakieś dwie godziny, ale wydaje się jakby cały dzień – odpowiadam

–  I widzisz mówiłem Ci ostatnio, że Żyd się nie zatrzyma, ale cieszcie się że trafiliście na Palestyńczyków – mruga z uśmiechem Anes – kierowca.

Anes, Roman, Ali - ładujący bagaże na Isuzu.

Śmiechów i achów roznosi się coraz więcej. Pakujemy plecaki na pakę, a sami wsiadamy do tyłu obok jednego z trzech śniadych kompanów.

— A o co chodzi z tymi Żydami, czemu się nie zatrzymują? – pytam grzecznie

— Mają się za wielkich panów – westchnął Anes prężąc w zabawny sposób muskuły

— Ciesze się że trafiliśmy na dobrych Samarytan, Palestyna rules! – odparłem chcąc się przypodobać nie wiedząc jakiej reakcji mogę się spodziewać.

— Ten obok mnie to Ali — przedstawia kierowca, a z tyłu z wami siedzi Walid, ale on nic nie gada, w ogóle jest dziwny, haha! – kończy śmiechem.

Spoglądam na siedzącego obok mnie krępego osobnika, twarz jakby ociosana młotem skała, bokserski nos, stosunkowo niskiego wzrostu. Wzrok ślepo wpatrzony w ekran smartfona, aktualnie głuchy na wszelkie zewnętrzne bodźce.

— Ej ty, Walid śpisz? – podśmiewają się dwaj siedzący z przodu Palestyńczycy.

Po czym wymieniają kilka gardłowych, zupełnie niezrozumiałych dla nas dźwięków. Walid tylko od niechcenia od machnął ręką jak gdyby odganiał niewidzialne muchy.

— Zabieram chłopaków do domu, cały tydzień jesteśmy tutaj, a w piątki zjeżdżamy do Nazaretu – mówi Anes kierowca.

Szczupły i wysoki mężczyzna o typowych arabskich rysach, z bystrym spojrzeniem, to zupełne przeciwieństwo swojego krępego kolegi Walida.

— A można wiedzieć co tutaj robicie? – pytam chłopaków
— Remontujemy wodociąg na lotnisku, prowadzę małą firmę z usługami hydraulicznymi – odpowiada Anes
— Ale to dla Izraelczyków? – dodaję
— Niestety, ale tu można dobrze zarobić. Jesteśmy od poniedziałku do szabatu, a na weekend zjeżdżamy do swoich rodzin. 

Ali podkręca radio i w takt muzyki wodzi palcem w powietrzu. 

Orientalna muzyka pop, głośno rozbrzmiewa z kiepskiej jakości fabrycznych głośników auta. Egzotyczne dla ucha dźwięki muzyki oraz śpiew przypominający kozie zawodzenie w pięcio tonowej skali arabskiej, wydają się brzmieć trochę niepoważnie i komediowo. Muzyka genialnie rozluźnia atmosferę.

Wszystko byłoby świetnie, gdyby tylko nie Walid siedzący obok, wbijający mi się w moje prywatne biodro, wpatrzony tępo w komórkę na której ekranie wyświetlają się jakieś arabskie szlaczki.

Próbuje zrobić test uśmiechu na Walidzie, ale twarz ma kamienną i poważną niczym Charles Bronson w „Parszywej Dwunastce”.

Za to Ci dwaj z przodu są niesamowicie wyluzowani i otwarci. Dzieli nas religia, kultura, tysiące kilometrów, ale w to południe siedzimy razem na przestrzeni kilku metrów, oddychamy tym samych powietrzem i razem dzielimy niewygody podróży śmiejąc się w takt arabskich nutek.

Mijamy tajemnicze zabudowy, niczym potężne hangary ciągnące się na przestrzeni kilku kilometrów, przywodzące na myśl jakąś tajną wojskową bazę.

— Co to? Pytam zaciekawiony?

— Tu uprawiają warzywa i owoce przez okrągły rok w środku samej pustyni.

Ali wyciąga komórkę, najnowszego flagowca firmy na S., pokazuje zdjęcia na których ubrany jest w kombinezon do nurkowania. 

— Jeździmy co któryś weekend na Synaj w Egipcie ponurkować i na trekking. Byliście tam? - Zapytał nie czekając na odpowiedź, sympatycznie wyglądający niczym arabski wychudzony Vin Disell - Ali.

Na słowo klucz Synaj w mojej głowie urodziła się wizja brodatego faceta z wielką "lagą", trzymającego kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań, myślami poleciałem dalej - wędrówka ludów, manna z nieba itp. Ale nurkowanie? Trekking? To jakoś nie pasuje mi do tego miejsca. 

— Jeździmy do Taby, to może ze 100 km stąd, wspaniałe widoki pod wodą, a wieczorem treking po górach i grillujemy – odpowiada Ali

Palestyńczyk na telefonie scrolluje kciukiem galerie zdjęć, ukazując mozaikę z kafelek z przecudnymi widokami gór, koralowców jak i pamiątkowe selfie.

Na kilku zdjęciach przewija się wizerunek kobiety w hidżabie, czarnej chuście którą noszą muzułmańskie kobiety po osiągnięciu wieku dojrzałości (noszenie jej jest wyrazem skromności, cnót nauczanych i praktykowanych w islamie).

Chłopak nerwowymi ruchami szybko przesuwa, serię zdjęć z kobietą.

— Dziewczyna, żona? Pytam z typowo polskim akcentem.

Niestety nic nie odpowiedział, ale było widać, że palestyńczyk był lekko poddenerwowany.

Mocno mnie to uderzyło. Chłopak nieźle zmieszał się po nieumyślnym pokazaniu kilku zdjęć szczelnie zakamuflowanej kobiety, przez "workowe" ubranie zupełnie wyzutej z seksapilu, gdzie prócz tajemniczych wielkich oczu i czarnych jak heban "nerwowych" brwi nie było widać zupełnie nic. Jakby to było tylko zachowane dla niego tabu.

Jaka to niesamowicie inna kultura. W Polsce jestem bardziej przyzwyczajony, do skrajnie innych zachowań „badaj, moja nowa dupa” i ktoś Ci na siłę pokazuje zdjęcia wymuskanej przesadnie "Dżejsiczki" w obcisłych legginsach i przy krótkiej bluzeczce eksponującej biust, z "przemalowaną" twarzą, zakończoną dziubkiem. „Niezła nie?” Szukając potwierdzenia w Twoich oczach.

W takim momencie zdajesz sobie sprawę że jesteś w innym świecie, gdzie rewolucja seksualna dzieci kwiatów z lat 70 tych nie dotarła nigdy, a druga obecna rewolucja LGBT też tutaj nie przebije się przez grubą religijną zasłonę islamu.

zobacz II część artykułu

Więcej outsiderów?

Spodobało się wam nasze podejscie do odkrywania świata, to zapraszamy Cię na nasz kanał na youtubie.
ZOBACZ NA YOUTUBE
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram